| Sport | Film | Muzyka | Internet | Komputery | Hyde Park | Hobby |
| Miss Ponidzia | Gastronomia |

Hyde Park

Diuna - film i książka


    Z pewnością wielu z Was, nawet tych, którzy zdecydowali się zajrzeć do tego artykułu, czytało powieść Franka Herberta lub/i oglądało film. Osobiście mogę rzec, iż żałuję niezmiernie, że to właśnie film zdarzyło mi się obejrzeć najpierw, a dopiero z cztery lata później dostałem w drżące ręce omawianą książkę. Lecz kiedy wreszcie do tego doszło, już na samym początku czytania zorientowałem się, że film jest straszliwie okrojony. Kiedy skończyłem czytać, dla porównania ponownie wypożyczyłem film i po jego obejrzeniu byłem lekko zdegustowany. Dlaczego? Zacznijmy od zalet.    Bezsprzecznymi atutami filmu są niemal dosłowna dokładność cytatów oraz obsada - genialny wybór i dopasowanie aktorów w przypadku lady Jessiki, Paula, Leto, Kynesa, Thufira Hawata, barona Vladimira Harkonnena, mentata Pitera, matki wielebnej Heleny Mohaim, Imperatora oraz Feyda Rauthy (w tej roli wystąpił Sting). Innymi słowy prawie wszystkie postacie (postaci?) pasowały jak ulał. Oczywiście, pamiętając, jak wiele godzin spędziłem nad grą "Dune", zdaję sobie sprawę, że moja ocena "dopasowania" aktorów jest podyktowana wpływem, jaki wywarła na mnie gra właśnie. Z drugiej wszak strony, po przeczytaniu książki stwierdziłem, że gdybym to ja robił film, z pewnością nie zmieniłbym obsady jeśli chodzi o wyżej wymienione role. Z kolei natychmiast wyrzuciłbym tego przylizanego dupka, który grał Duncana Idaho, doktorowi Yue dodając przy okazji długie włosy.

    Jednak sam wygląd to nie wszystko. Baron z filmu jest zbyt okrutny i zbyt głupi, Rabban powiniem bardziej bać się barona, Leto powinien być bardziej władczy, zaś Gurney brzydszy i grubszy od Patricka Stewarda (który swoją drogą jest bardzo dobrym aktorem, lecz nie za bardzo pasuje do roli).
Jednakże wszystkie powyższe wady to błahostki i banały w porównaniu z największymi wpadkami filmu. Po pierwsze wierność w oddaniu dialogów nie wystarczy, jeżeli film nie zawiera nawet pięciu procent tych dialogów. Obsada także nie ratuje sytuacji, kiedy dziewięćdziesiąt procent fabuły zostało bezpardonowo, bezlitośnie i brutalnie wyrżnięte z filmu, zaś ostały się jeno co ważniejsze wydarzenia i sceny - a nawet kłóciłbym się, czy rzeczywiście były one takie ważne. W filmie Gurney nie zaśpiewał pieśni, kiedy Atrydzi byli jeszcze na Kaladanie, Paul nie walczył z Dżamisem, lady Jessika nie znalazła magicznego pokoju, zabrakło narady w pałacu w Arrakin, Feyd Rautha nie walczył na arenie z niewolnikami, zabrakło hrabiego Fenringa, nie pokazano lotu Paula z matką w burzy piaskowej, i w ogóle obyło się bez całego życia we fremeńskich siczach, które przecież nie było bez znaczenia.

Niestety, to nie koniec. Do filmu bowiem nie wiadomo jakim cudem "wkradły się" zdarzenia, o których w książce ani mru mru, a wierzcie mi, że przeglądałem nawet spis treści i czytałem do tyłu. I nie było tam czerwi pustyni rozdziawiających japy i sterczących przymilnie niczym pudelki na smyczy wkoło półprzytomnego Paula, Chani i kilku Fremenów, zaś Paul wcale nie zażył wtedy Wody Życia, ale leżał nieprzytomny kilkanaście dni w przytulnej siczy, po tym jak sam, bez niczyjej wiedzy postanowił się napić tego magicznego płynu. Nie znalazłem w książce słowa o pryszczach barona, ni o chłopcu, któremu w filmie baron wyciągnął korek z serca, w wyniku czego tamtego aż krew zalała (pewnie z wściekłości). Duncan Idaho nie zginął podczas szturmu na pałac Atrydów, ale podczas ataku sardukarów (żołnierzy Imperatora) na jedną z fremeńskich siczy, w której ukrywał się Paul wraz z matką. Nadto, Atrydzi wcale nie dysponowali magicznymi modułami, a książkowy Paul jakoś nie potrafił głosem rozpruć Feyda Rauthy, co z kolei nie zdawało się sprawiać większch trudności filmowemu odpowiednikowi. Co więcej, kiedy Alia, siostra Paula, wstrzyknęła baronowi truciznę, temu jedynie opadła głowa, jako że już nie żył. W filmie zaś baron nie umiera od trucizny w tradycyjny sposób, ale po jej wstrzyknięciu zaczyna się obracać w powietrzu, jakby zatruta igła Alii działała nie na organizm, ale na dryfy antygrawitacyjne. Nie dość tego! Otruty, ale wciąż żywy baron obracając się niczym helikopter, wpada do paszczy wielkiego czerwia i ginie w ciemnych czeluściach. Wiecie co ja na to? Powiem tyle: numer z baronem to typowe zagranie holywoodzkie, obliczone na podniecenie przeciętnego głąba amerykańskiego, którego mózg nie trawi niczego bardziej skomplikowanego niż Rambo III, albo Dynastia.
A wiecie czym zastąpili ponad pół książki, dokładniej biorąc okres czasu kiedy Paul i lady Jessika żyli wraz z Fremenami? Otóż wyobraźcie sobie, że skwitowali tę ważną część frazesem narratora w rodzaju: "Paul z Fremenami niszczyli coraz więcej przyprawy, a jednocześnie miłość Paula i Chani intensywnie rosła". Kiedy to usłyszałem, myślałem, że mi żyły na szyi pękną. Aha, jeszcze jedno: w książce Paul i Fremeni wcale nie niszczyli przyprawy, a jedynie zagrozili agentom Gildii, że mogą to zrobić. W dodatku groźba ta pojawia się pod koniec, w ostatniej scenie, możnaby rzec. Tymczasem z filmu wywnioskować można, że cała egzystencja Fremenów sprowadza się właśnie do niszczenia przyprawy. Dalej - żadna ohydna kreatura nie przybyła do siedziby Imperatora i nie kazała zgładzić Paula Atrydy. A Paul nie walczył z manekinem ćwiczebnym, przed odlotem z Kaladanu.
    Na sam koniec autorzy filmu przywalili z grubej rury. Kiedy Paul rozwalił Harkonnenów i spotkał się z Imperatorem, na Arrakis zaczął padać deszcz. Kurwa, ludzie, tak nie można! Ekolog planetarny Liet Kynes pracował w pocie czoła i zginął za ideę Arrakis obfitej w wodę, ale jego marzenia miały się spełnić dopiero w przeciągu najbliższych trzystu lat! Tymczasem ni stąd ni zowąd na pustyni zaczyna lać jak z cebra.

    Konkluzja ostateczna. Film to kupa śmiechu jeśli chodzi o wierność względem książki. Efekty specjalne są z kolei kupą gówna, nie licząc kilku dobrych pomysłów. Jedynym, według mnie, atutem filmu jest obsada, która jednak słabo rekompensuje wszystkie bzdury i niedociągnięcia. Ale wiecie, co jest najciekawsze? Otóż kiedy oglądałem film po raz pierwszy, wydawał mi się on jednym z najlepszych w moim życiu. Potem przeczytałem książkę i wypożyczyłem film raz jeszcze. Teraz natomiast piszę recenzję i wnioski oraz ogólna ocena są, jak widać, nieco inne. Wiadomo dlaczego. No comment.

    Na koniec powiem, że książka jest wspaniała i pełna tego, co osobiście bardzo cenię, a mianowicie przesycona jest specyficzną filozofią wykreowanego od podstaw świata. Czyta się to niemalże jak jakąś powieść fabularno-historyczną, zaś wstępy do każdego rozdziału, które często uprzedzają fakty, dodatkowo wzmacniają to niepowtarzalne uczucie obcowania z zapisem czegoś, co wydarzyło się naprawdę.

    Film natomiast warto obejrzeć chociażby ze względów porównawczych. Albo ze względu na dobrą obsadę ról - na przykład taką lady Jessikę, w której ja się z miejsca zakochałem. :)

earthman


Strona zamieszczona na serwerze www.busko-zdroj.com
Projekt, wykonanie i prawa autorskie: "Real" www.realnet.pl

RECENZJE

Diuna - film i książka
Na tropie UFO
Z Archiwum Dupa

NAUKA

Formy życia inteligentnego...
Kolonizacja vs. Terraforming

ROZRYWKA

Matias
Karol