|
Jedną z rzeczy, które najbardziej doskwierają mi
na tej planecie są schematy myślowe i szablony
postępowania. Takim właśnie schematycznym tokiem
rozumowania jest założenie, iż podbój kosmosu
przez człowieka będzie miał następującą
kolejność: najpierw zbudujemy orbitalną stację
kosmiczną, potem zajmiemy się zakładaniem
stałych baz na Księżycu, następnie zaczniemy
wydobywać surowce z planetoid i rozpoczniemy
terraformowanie Marsa. Dopiero po upływie -
według wielce szanownych naukowców-emerytów -
jakiegoś tysiąca lat rozpoczniemy erę podróży
międzygwiezdnych.
Według mnie ten proponowany obraz przyszłości
jest całkowicie spaczony, gdyż nie uwzględnia
przeraźliwie istotnych czynników, które cały
plan podboju galaktyki mogą łatwo wywrócić do
góry nogami. Choćby taki prozaiczny fakt, że
jeśli opanujemy grawitację, to droga w szeroki
Wszechświat stanie przed nami otworem. Moim
zdaniem rozwikłanie istoty grawitacji, a więc
ujęcie jej w równanie kwantowe nie naruszające
teorii względności, jest kwestią co najwyżej stu
lat. Co najwyżej - a więc średnio, powiedzmy,
pięćdziesięciu. W gruncie rzeczy wystarczy jeden
łebski naukowiec, który opracuje Teorię
Wszystkiego. Jako że ostatnim geniuszem
fizycznym był Einstein, a teraz Hawking, to
można się spodziewać, że w najbliższym czasie
przyjdzie na świat dzidziuś, który w pewnym
momencie odrzuci grzechotkę, wylezie z wózeczka
i zacznie bazgrać dziwne gryzmoły w zeszycie.
Tak oto Człowiek wreszcie zrozumie czym jest
siła, dzięki której jego krewni po drugiej
stronie kuli ziemskiej nie spadają na dół. Wtedy
właśnie podróże międzygwiezdne staną się nie
tylko możliwe, ale również niezwykle tanie.
Wystarczy bowiem rozpędzić statek do prędkości
światła - co będzie możliwe dzięki zmniejszeniu
jego masy do zera - a następnie zwiększyć moc
pola antygrawitacyjnego tak, żeby statek stał
się na chwilę obiektem o masie ujemnej. Wtedy
nadmiar masy zostanie wypromieniowany w postaci
energii, która przyspieszy statek i w ten sposób
maszyna przekroczy barierę światła. Potem
wystarczy tylko (w końcu robiłem to już setki
razy) uruchomić napęd tachionowy i cały kłopot z
głowy (czysta poezja!).
Nie próbuję nikogo przekonywać, że podróże
międzygwiezdne to błahostka, zaś teoria
grawitacji to łatwizna niczym dodawanie w
słupku, ale staram się udowodnić, że era lotów
do innych systemów planetarnych zacznie się już
niebawem. Co dalej z tego wynika to fakt, że
opanowanie kilku zaledwie technologii i
zrozumienie praktycznie jednego zjawiska (fizyki
podróży z prędkością >c) umożliwia nam
zbudowanie stateczku i wysłanie go w dowolnym
kierunku. Tak więc ewentualna kolonizacja
światów ziemiopodobnych może być przeprowadzona
natychmiast po zbudowaniu statku
międzygwiezdnego i zlokalizowaniu zdatnej do
zamieszkania planety. Co więcej, energia
potrzebna do osiągnięcia c i skoku
nadprzestrzennego jest minimalna, a to wskutek
zastosowania antygrawitacji, która, jak
wspomniałem, niweluje masę, a przez to redukuje
ilość wymaganej energii. Lecz nawet gdyby
potrzeby energetyczne były mimo wszystko duże,
to i tak za czterdzieści lat fuzja jądrowa
będzie stosowana tak powszechnie jak dziś
reakcja atomowego rozpadu. Ponadto do czasu
opracowania grawitacji i napędu
nadprzestrzennego być może zdołamy skonstruować
fuzyjny reaktor jądrowy używający antymaterii.
Energia wyzwalana podczas procesów w nim
zachodzących byłaby tak wielka, że można by
zasilić nią całą międzygwiezdną armadę, a nie
tylko jeden kosmiczny kajak. Kwestię energii
możemy tym samym uznać za zamkniętą.
Artykuł ten miał być poświęcony przede
wszystkim kolonizacji, a nie międzygwiezdnym
statkom kosmicznym, jednak kilka spraw wymagało
wyjaśnienia dla zrozumienia dalszej części
tekstu. Za usterki przepraszamy...
Z tego, co napisałem wynika jasno, że
kolonizacja "gotowych" światów jest niezwykle
łatwa i możliwa do szybkiego przeprowadzenia,
jeśli tylko posiadamy odpowiedni środek
transportu. Co innego terraforming. Tutaj już
zaczynają się prawdziwe bariery technologiczne.
Przypomnę jeszcze raz, że loty międzygwiezdne są
trudne tylko wtedy, kiedy nie zna się kilku
zaledwie praw i zjawisk i kiedy nie posiada się
kilku zaledwie technologii. Tymczasem inżynieria
planetarna to nic więcej jak same dylematy
techniczne. Teoretycznie już teraz wiadomo co
zrobić, aby taki Mars stał się drugą Ziemią i -
teoretycznie - ludzkość posiada już odpowiednią
i całkowicie wystarczającą wiedzę. Jednak w tym
konkretnym przypadku wiedza ta nie czyni nas
gotowymi do rozpoczęcia przekształcania planet
Systemu Słonecznego. Z praktycznego punktu
widzenia ważniejsza jest technologia: flota
kosmicznych holowników, potężnych
transportowców, promów kosmicznych, statków
górniczych, lasery, rakiety z głowicami
jądrowymi itp. W dodatku wyżej wyszczególnione
środki techniczne to niezbędniki dla samego
terraformingu. Późniejsza kolonizacja będzie
wymagać masy dodatkowych urządzeń. Trzeba
pamiętać również o tym, że od rozpoczęcia
terraformingu np. Marsa do lądowania pierwszych
kolonistów upłyną dziesiątki, może setki lat.
Zanim jednak do tego dojdzie, dodatkowe dekady
przeznaczone będą na budowanie całej flotylli
statków i maszyn inżynieryjnych.
A jak przedstawia się kolonizacja planet
ziemiopodobnych w innych systemach? Tak:
a) zwiad i zlokalizowanie przydatnej planety,
b) budowa statku kolonizacyjnego,
c) wysłanie statku,
d) szacowanie zagrożeń (przede wszystkim
bakteriologicznych),
e) założenie kolonii.
Potem dostawa sprzętu i wysyłanie nowych
kolonistów idzie jak deszcz z rynny.
Reasumując, kolonizacja planet spoza Układu
Słonecznego jest tańsza, łatwiejsza, szybsza i
jako perspektywa bliższa w czasie niż
zasiedlanie rodzimych ciał niebieskich. Nie
wymaga wielkiej floty, ani planowania szeroko
zakrojonych i nieprawdopodobnie kosztownych
zabiegów terraformacyjnych. Dlatego właśnie
stawiam na kolonizację innych systemów i śmiem
twierdzić, że nastąpi ona dziesiątki lat, a może
nawet wieki wcześniej niż zasiedlenie
sterraformowanych światów w naszym układzie. Czy
więc obaliłem kolejny ze schematów myślowych
dotyczących podboju kosmosu okaże się niebawem.
Może mnie już wtedy nie będzie pośród ludu
Ziemi, ale - jak mawiał słynny filozof - zawsze
coś się musi okazać. Na przykład dowód osobisty,
ale to już inna para kaloszy...
|